Pierwsze spotkanie z alpejskim granitem czyli Przemek i Paweł w rejonie Chamonix


Wyjazd w Alpy na wspinanie chodził za mną już od jakiegoś czasu. W jednym roku nie wychodziło przez pracę, w drugim forma odbiegała dalece od oczekiwań, później urodził się synio i trzeba było zająć się domem. W końcu, przy akceptacji mojej drugiej połówki, zapadła decyzja – jedziemy. Partner znalazł się szybko – człowiek o żelaznej psychice, dużym obyciu górskim i nienagannym poczuciu humoru – Wnusio. Wiedziałem, że nie będzie miękkiej gry. Wiosną zaczęliśmy wstępne przygotowania – Wnusio wyjazdami w skały i do Rodellar, ja skałami i startem w Skwirze.

W międzyczasie wymianę silnika, która (sic!) nie do końca się udała, zaliczyła Honda – nasz środek transportu, co bardzo się później dało we znaki.

Finalnym punktem przygotowań miały być 2-3 weekendy wspinania w Tatrach, co by nas przestawiło z panelu na tarciowe wspinanie w granicie. Jak wyglądała pogoda w czerwcu i lipcu wszyscy wiemy, więc na wyjazd pojechaliśmy zupełnie nierozwspinani. Trudno, będzie jazda.

Dojazd.

Pakowanie, drukowanie topo, dogrywanie logistyki na miejscu i w końcu wyjazd. Planowo przejechaliśmy wieczór i noc, robiąc nad ranem przystanek na szybkie spanie na jednym z niemieckich parkingów. Około 10:00 zrobił się upał i ku naszemu zdziwieniu na wyjeździe z jednego z parkingów zaczął nam grzać się silnik. Cóż, na autostradzie daje radę więc jedziemy dalej. Auto wytrzymało do serpentyn 40 km przez celem, gdzie wskazówka temperatury przekroczyła skalę-stajemy na zatoczce. Telefon do mechanika, bezradność… Trudno czekamy aż się schłodzi, spadnie temperatura powietrza, dolewamy wodę i próbujemy dalej. W międzyczasie szukamy opcji b, c i d. Honda jednak staje na wysokości zadania i około 18 dowozi nas na miejsce. Niestety dziś już w góry nie wyjedziemy kolejką. Szybkie zakupy w Szamo, piwko na skwerku, kolacja i pakujemy się do śpiworów na (bardzo cenionym bo darmowym) parkingu w pobliżu stacji kolejki do Montenvers.

Dzień 1. Dojazd na Plan (igły od północy) i Lepidopteres 5b na Aiguille du Peigne.

Wyjeżdżamy na stację pośrednią na tzw. Plan – łąkę znajdującą się pod północnymi ścianami igieł, skąd obwieszeni plecakami i torbami z ikei jak cyganie na stadionie tysiąclecia, idziemy do miejsca biwakowego na jeziorkiem, co trwa jakieś 15 minut. Rozbijamy namiot i pakujemy szpej. Nasz pierwszy cel – droga Lepidopteres 5b na płytach Aiguille du Peigne. Czujne podejście po kruszyźnie i małe problemy z orientacją i w końcu dochodzimy pod drogę, na której działają już 2 zespoły. Wspinanie idzie sprawnie – droga jest logiczna, wyposażona w stanowiska i tylko jeden wyciąg wymaga większego skupienia – jest fajnie. Po skończeniu zjeżdżamy po gotowych stanowiskach do samego lodowca, aby uniknąć parchatego zejścia. Przy namiocie cieplutko (zachodnia wystawa), wino w galoniku pyszne, a woda w jeziorku rześka – wakacje.

Dzień 2. Grań Motyli, Peigne 6a/5c.

Zgodnie z planem na kolejną drogę przypada nam słynna, eksponowana, acz zazwyczaj zatłoczona grań motyli. Wbijamy się razem z dwoma innymi zespołami. Peleton na początku sobie przeszkadza, ale po około 4 wyciągach każdy idzie swoim tempem. Droga jest cudownie lita, a czwórkowe wyciągi w pełnej ekspozycji robią niesamowite wrażenie. Pierwsze kilka wyciągów prowadzę ja, do cruxa prowadzi Wnusio. W połowie drogi dopadają mnie problemy żołądkowe, które trzymają mnie już do wieczora. Wnusio po męsku (z plecakiem) przełaja kluczowy wyciąg idąc klasycznie za 6a-szacun!  Kończymy drogę, zjeżdżamy i po czujnym zejściu meldujemy się przy galoniku… tj. namiocie po około 11 godzinach akcji.

Dzień 3. Rest, winko, uszczuplanie zapasów jedzenia i opróżnienie galonika (<roni łezkę…).

Dzień 4. Minette Spur, 5c, Peigne.

Robimy drogę, która mimo podobnej wyceny co motyle, okazuje się bardzo łatwa. Dobra na rozgrzewkę po przyjeździe. Bez większych przygód kończymy temat.

Dzień 5. Czerwony Filar, Aiguille du Blatiere, Nabot Leon 6a/5c

Piękna, ciągowa droga, na której żaden wyciąg nie spada poniżej 5b. Podejście przez moreny i wymagający skupienia próg zajmuje nam 3 godziny – czuję, że z kondycją bywało lepiej. Startuję w pierwszy wyciąg za 5b i klops… zupełnie mi nie idzie. Oblak, podchwyt, krawądka i jakoś doczołguję się do rysy nad półką. Zakładam frienda, kilka razy się wstawiam i psycha mi siada – wybacz Stary, dziś porobię za przyrząd. Wnusio urabia 2 długie wyciągi, z czego jeden piękny za 6a, po czym zarządzamy odwrót – idzie ciężko, a kolejne wyciągi wcale się nie kładą. Będzie po co wrócić. Jutro zmieniamy planszę.

Dzień 6. Rest.

Wysypiamy się jak bąki i zjeżdżamy kolejką do cywilizacji (ludziom o słabych żołądkach zalecam skromne śniadanie – bezwładność przy minięciu słupa podtrzymującego liny da się odczuć ;)). Wrzucamy bety do auta i łapiemy nocleg na słynnym campie Les Allores – jeden z bardziej zadbanych campów na jakim byłem. Wycieczka po Szamo i kolacja złożona z wina i sera w towarzystwie sympatycznych Bułgarów umila nam wieczór. Od nich dowiadujemy się o fajnym rejonie skałkowym nieopodal – Gailland.

Dzień 7. Rest.

Skałkowanie na Gaillands (dopóki nie spala nas słońce), kupowanie pamiątek dla tych, którzy zostali w domach i pakowanie plecaków na drugą część wyjazdu.

Dzień 8. Wjazd na Montenvers i droga do schroniska Envers pod południowymi ścianami igieł.

Pakujemy się ze swoimi wielkimi worami do kolejki. Plecaki ważą ponad 20kg – jeszcze nie wiemy jak mocno dadzą nam w kość. Pod hotelem przy tarasie widokowym odstawiamy scenkę z Titanica i wchodzimy na drabiny prowadzące do wijącego się 300m niżej, będącego u schyłku świetności, lodowca Mer de Glace. Początkowo błądzimy po rzece żwiru, piachu i błota (nie ma wyraźnej ścieżki, każdy idzie jak chce) by w końcu założyć raki i po lodzie, mijając jeden podnoszący ciśnienie mostek śnieżny, dostać się pod drabiny wprowadzające ponownie na prawą część doliny – na ścieżkę do schroniska. O ile w dół szło się dobrze, o tyle w górę plecaki ciążą jak wory z węglem, a drabiny zdają się nie mieć końca (dopiero wtedy zrozumiałem kolegę, który powiedział, że do Enversa jest milion kilometrów). Rzężąc dotaczamy się jakoś do schroniska, rozbijamy namiot i prawie się nie odzywając spędzamy w nim resztę dnia.

Dzień 9. Aiguille du Roc, Sonam 5b.

Następnego dnia humory wracają i wbijamy się w drogę Sonam. Plus tego rejonu – podejście zajmuje nam 45minut. Pierwszy, idący wzdłuż rysy wg schematu wyciąg na 4c, przypada Wnusiowi. Szybki rzut oka na topo i jazda. Po paru metrach teren się pionuje, wygląda to dużo trudniej niż zakładaliśmy, lecz Paweł nie daje za wygraną. Przewalcza, rysę, okap i wchodzi w łatwiejszy teren (później okaże się, że przeszedł trudniejszy, acz bardzo logiczny wariant – ok. 6a, a nominalnie droga szła 3-4 m w prawo po łatwym filarze). Idąc na drugiego prawie gubię jebadełko, które ku mojemu zdziwieniu nie wpada do szczeliny brzeżnej, a spada tuż koło moich butow czekając na mnie grzecznie aż wrócę. Reszta drogi idzie gładko, ale nad nami przetaczają się chmury, które straszą deszczem. Udaje się skończyć drogę, szybko zjeżdżamy i wracamy do namiotu.

Dzień 10. Tour Verte, La Piege 6a+.

Pierwsze prawdziwie rysowe wspinanie. Droga startuje 5 minut od naszego namiotu, więc szpeimy się, zakadamy sandały i podchodzimy. Start losuję ja. Próbuję się wbić w rysę za 6b+ ale po 20 minutach prób zaklinowania rąk daję za wygraną i obchodzę ją terenem za 5c, gdzie wchodzę w jej górną część. Płacę frycowe początkującego. Dość mocno bułuję się w rysie by po wzięciu bloku odkryć krawądkowe stopnie, z których można korzystać. Sic. Po bloku kończę wyciąg. Kolejny – kolejna rysa, wciskam friendy, znów szukanie ustawienia, buła i blok – trudne to cholera. Kilka czujnych tarciowych ruchów i kończę wyciąg. Wnusio przejmuje prowadzenie i łatwym terenem doprowadza nas pod kluczowy wyciąg. Lufa aż miło. Wychodzi na bardzo powietrzny filar i wielką odstrzeloną płytą ciśnie w górę. Po chwili tracę go z oczu. Po ruchach liny widzę, że jest trudno. Pogoda pada. Wnusio ciągnąc z przelotów kończy wyciąg, a do ukończenia zostały nam jeszcze 2 – za 4c i 5a. Nie zdążymy, decyzja-spadamy stąd. Sprawnie zjeżdżamy, a deszcz łapie nas tuż pod namiotem i pada już do końca dnia.

Cóż, było trudno, a wszystkie inne drogi są co najmniej tak samo trudne. Czasu na rest nie ma, wracamy do domu.

Dzień 11 i 12. Powrót.

Przemęczamy drabiny i lodowiec i zjeżdżamy na dół. Chamonix żegna nas deszczem – pięknie wstrzeliliśmy się w pogodę. Jedziemy w zlewie i mijamy serpentyny – uff, Honda dała radę… przynajmniej do nocy. A dalej postoje i włączanie grzania w kabinie celem chłodzenie silnika. Dolewanie wody do chłodnicy i zmawianie paciorków co by auto wytrzymało do końca. Jakoś wytrzymuje, a przy kolejnym odpaleniu włącza wentylator (niech by Cię…).

Krótko podsumowując: świetny wyjazd, dużo nowych doświadczeń, zmiana perspektywy na pojęcia „duża ściana” i ogarnięcie logistyki na kolejne lata, bo na pewno tam wrócimy.

Polecam wszystkim, którzy odrobili lekcje w Tatrach!

Tekst: Przemek Olekszyk

Zdjęcia: Przemek Olekszyk, Paweł Wnuk