Członkowie KW Lublin trzykrotnie na Grani Stüdl na Grossglocknerze


Niewątpliwie najbardziej “klubową” drogą w 2018 roku była Grań Stüdl (Stüdlgrat) na Grossglocknerze – mierzącym 3798 m n.p.m. najwyższym szczycie Austrii. Najpierw Grań zaatakowała czteroosobowa ekipa w składzie Michał Drożdż, Kaśka Mięsiak-Wójcik, Mariusz Warda i Baśka Jabłońska (szczegółową relacje z tego wyjazdu można znaleźć tutaj: http://www.goryiwspin.pl/gran-studlgrat-na-grossglocknerze-i-fuscherkarkopf-wrzesien-2018/). Dosłownie kilka dni później szczyt ta drogą zdobył Krzysiek Rządkowski wraz z Andrzejem Franczakiem i Bartkiem Markowskim (Andrzej i Bartek są niezrzeszeni). Po kolejnych dwóch tygodniach Stüdlgrat pokonali Norbert Grząśko i Radek Flis. Wypada tylko żałować, że nie udało się tak skoordynować urlopów żeby pod Grossglockner pojechać całą dziewięcioosobową ekipa. Zapraszamy do przeczytania relacji Krzyśka Rządkowskiego z tego wyjazdu:

„W połowie września za namową kolegów z Klubu, przy nadarzającej się pozytywnej prognozie pogody na następne kilka dni, wraz z Andrzejem Franczakiem i Bartkiem Markowskim (niezrzeszeni, ale nieźle łoją) udaliśmy się do Cesarstwa Austrii celem wylezienia na Grossglockner popularną Granią Stüdl.

Zapakowaliśmy szpeje do bagażnika i gnaliśmy niczym szaleni, aby po 13 godzinach morderczej walki o każdy z 1200 kilometrów nawiedzić opustoszały i kameralny o tej porze roku Nationalpark-Camping w Kals.

Wieczorem, po rozbiciu namiotu, planując palcem po mapie następny dzień, spożyliśmy posiłek obficie popijając piwkiem i wężykiem udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Rano obudziliśmy się nie do końca w formie, ale plan działania na ten dzień obejmował jedynie dojście do schroniska Stüdl, więc z tym zamiarem niespiesznie wpakowaliśmy się ponownie w auto. Andrzej prowadził samochód niczym Colin McRae drogą prowadzącą fajnymi serpentynami. Atakował winkle, bezskutecznie próbując dogonić autobus, z czego nie do końca był zadowolony mój błędnik, nieco nadwyrężony wczorajszą kolacją. Skarcony Andrzej nieco zwolnił, a autobus odjechał w siną dal ostatecznie pogrzebując nadzieje na zwycięstwo w wyścigu.

Wkrótce dotarliśmy do kolejnego pit stopu, czyli na parking nieopodal hotelu Lucknerhaus, skąd – rozstając się ze zdobyczami nowoczesnej myśli inżynierskiej – ochoczo podążyliśmy na nogach doliną w górę.  Okolica jest piękna, na pastwiskach pasą się krowy, oswojone świstaki owijają w sreberka, a w oddali jaśnieje ośnieżony Wielki Dzwonnik.

Podejście do schroniska Stüdl według informacji internetowych miało być mocno męczące, ale pomimo plecaków wypełnionych piwem i bułkami pokonaliśmy je dość szybko.

Wieczorem za namową Bartka piliśmy tylko herbatę, co z nieukrywanym żalem uznaliśmy z Andrzejem za dobry pomysł. Noc spędzona na morenie lodowca Teischnitzkees była zimna i wilgotna.

Następnego dnia w drogę ruszyliśmy jeszcze przed świtem o suchym pysku, bo ktoś zamroził nam pobliski potok, jeszcze kilka godzin wcześniej płynący wartkim strumieniem. Niestety nasze “bogate” doświadczenie lodowcowe nie uświadomiło nam potrzeby napełnienia butelek wieczorem.

Grań Stüdl można robić od samego dołu lub od miejsca, gdzie lodowiec sięga najwyżej, a grań staje się filarem. Dolna część grani wydała się nam rzęchowata, więc ominęliśmy ją wspomnianym wyżej lodowcem. Podejście pamiętam jako interesujące, ale dosyć męczące. Zastanawialiśmy się dlaczego niemal wszyscy wspinacze idą zataczając kilkusetmetrowe koło. Prawda okazała się banalna – elegancko omijali zestaw niewidocznych z dołu szczelin w miejscu, w którym lodowiec nieco załamywał swój bieg. My poszliśmy na wprost, ale szczeliny nie były przesadnie szerokie.

Sama droga okazała się być stosunkowo łatwa, bez problemów orientacyjnych, z kilkoma miejscami wymagającymi trzymania się rękami, ale ze sztucznymi ułatwieniami.

Przeszliśmy ją w pięknej bezwietrznej pogodzie, w około 3 godziny (od podstawy filara do wierzchołka) w całości z lotną asekuracją, podziwiając wspaniałe widoki.

Niestety odbyło się to w tłumie innych turystów i przewodników z klientami, którzy w większości nie zawracali sobie głowy ewentualną uprzejmością, niemal depcząc nam po palcach, co odbierało trochę przyjemności ze wspinania.

Dysponując dużym zapasem czasu, na wierzchołku zabawiliśmy dobrą godzinę gotując dwa razy herbatę ze śniegu.

Droga zejściowa jest typowo turystyczna, z niedługim fragmentem skalnym wyznaczonym stalowymi tyczkami ułatwiającymi ewentualną asekurację.

Tu odegraliśmy się na austriackich przewodnikach, przeciągających swych klientów drogą normalną w kierunku szczytu, depcząc im z uśmiechem po palcach.

Na wysokości ok. 3500 mija się wspaniale położone schronisko o nazwie, której nie potrafię powtórzyć. W schronisku owym Andrzej nabył jedno piwo za 5,40 Euro, które z pewną nieśmiałością wspólnie wypiliśmy.

Następnie schodzi się przez lodowiec Kodnitzkees, jeden z największych w okolicy. Po lodowcu obficie płynęły strumienie rzeźbiąc w lodzie rynny niczym tory bobslejowe.

Jeszcze tego samego dnia zeszliśmy do zielonej części doliny ponownie na zasłużony odpoczynek celem spożycia reszty z mozołem wyniesionego destylatu

(lokalsi piją tylko piwo i potem jodłują, więc mieliśmy własne mocniejsze trunki).

Post scriptum: na prawo od grani Stüdl znajduje się słynna Rynna Pallaviciniego – ciekawy i godny polecenia cel dla nieco bardziej ambitnych zespołów.

Zaletą tej drogi jest niewątpliwie mniejszy tłum”.

Zdjęcia: uczestnicy wyjazdów

Fot.  1 – 8 wyjazd Michała, Kaśki, Mariusza i Baśki

Fot.  9 – 27 wyjazd Krzyśka, Andrzeja i Bartka

Fot. 28 – 51 wyjazd Norberta i Radka

PS Michał Drożdż: Mamy nieco odmienne spostrzeżenia na temat obsługi w Stüdlhutte. Nam wydawała się bardzo miła, natomiast Norbertowi i Radkowi odmówili noclegu pomimo wcześniejszej rezerwacji (udawali, że nie dostali maila) a nawet nie chcieli sprzedać jedzenia i piwa tłumacząc to dużą ilością ludzi przebywających w schronisku.