Ania i Oskar na greckim Kalymnos


Tych, którzy nie mieli okazji przyjść na klubowe spotkanie i prelekcję Ani Łubińskiej i Oskara Wróbla na temat wspinaczki na greckiej wyspie Kalymnos zapraszamy do przeczytania relacji Oskara z tego wyjazdu. Życzymy udanej lektury.

„Kalymnos 2018

Take them to the Island.

Na Kalymnos jedziemy wspólnie ze Szkołą Wspinaczki GoUp Grześka Mroza. Mega doświadczony i sympatyczny gość, który postanowił odkryć przed nami kilka tajemnic tej uroczej wyspy. Całą ekipą spotykamy się na lotnisku Okęcie w czwartek po południu, witamy, zapoznajemy i szykujemy do odlotu. Cała logistyka związana z wyprawą jest dość skomplikowana. Najkorzystniejszą opcją jest lot z Warszawy do Aten, spędzenie nocy na lotnisku i wylot na Kos skoro świt.  Na Kosie wsiadamy w taxi i jedziemy do portu. W porcie kupujemy bilety na Kalymnos Ferry i ruszamy parostatkiem w piękny rejs, który zajmuje nam całe 20 minut. Uwaga, uwaga. To nie jest koniec naszej podróży. Żeby dostać się do punktu docelowego, czyli naszych uroczych pensjonatów zamawiamy taxi i jedziemy na drugą stronę wyspy. Podsumowując: na cały transport potrzebujemy średnio 14-15 godzin. Wiadomo, można zrobić to szybciej, jeśli trafimy na odpowiednie połączenie lotnicze i uda nam się złapać statek na wyspę o dobrej porze.

Aura sprzyja.

Pierwsze godziny na wyspie nie zwiastowały niczego dobrego. Niby fajnie, ładnie i dość egzotycznie, a jednak trochę wieje. Pierwsze chwile są dość chłodne, a my zmęczeni po całonocnej podróży nie nadajemy się zbytnio do niczego. Po za drogim i niesmacznym śniadaniu próbujemy dostać się do swoich łóżek, które nieszczęśliwie znajdują się pod kluczem przemiłego Greka, naszego gospodarza. Ów mężczyzna jeszcze nie dotarł,  więc nie pozostaje nam nic innego, niż czekać. Poznajemy tajniki lokalnej społeczności, czyli spokojnie i powoli, ogólnie bez nerwów. Jak się potem okazało cały nasz wyjazd miał tak wyglądać. Jednym słowem – niespiesznie. Szybki prysznic, krótka drzemka i pierwszy wymarsz w skały. Tego dnia za cel obieramy sobie Doplhin Bay, czyli miejsce nad samym morzem, gdzie fale uderzające o skałę chłodzą nas przyjemną bryzą. Fenomenalne miejsce na rozwspin po podróży. Tam padają pierwsze skalpy, drogi o trudnościach od 5c do 6b, o średniej długości, za to o wielkiej urodzie. Najpiękniejszą drogę w tym rejonie zrobię innego dnia, lecz do tego dojdziemy w swoim czasie. Przy zachodzącym słońcu wracamy do naszych apartamentów. Zrzucamy sprzęt i prujemy prosto do Aegen Tavern na świeże ryby, które kucharz przed podaniem pokazuje nam na talerzu. Pełna kultura.

Kolejny dzień to kolejna przygoda. Tym razem żeby dostać się na sektor musimy pokonać dłuższą drogę. Co za tym idzie potrzebujemy transportu. Najlepszy możliwy to autostop, bądź autobus, który jeździ jak chce i kiedy chce. Po krótkiej chwili udaje nam się złapać stopa, a ku uciesze wszystkich zebranych jest to samochód dostawczy i pakujemy się do tyłu. Śmiechom nie było końca, aż do miejsca docelowego, którym była miejscowość Arginonta i wdzięcznie brzmiący sektor wspinaczkowy Sea Breeze. Skała w tym rejonie jest ostra, jak żyletki. Po próbach wstawek na 6c Chute de Pierre et de Paul i kilku lotach dałem sobie spokój i przeszedłem do czegoś lżejszego. Ogólnie rzecz ujmując to nie był mój dzień, bo po dosłownie 4 wstawkach w inne drogi miałem już dosyć. Szybko i sprawnie zwinąłem swój majdan i wróciłem do bazy.

Po dniu niepowodzeń i rozczarowania samym sobą nadeszła mała odwilż. W sektorze Poets (do którego dojście z buta zajęło nam możę 30 minut) zaliczyłem kilka ciekawszych dróg, kończąc zmagania na przepięknej Mustass 6a, w której można się zakochać.

A może przerwa?

Nadszedł długo wyczekiwany dzień wolny. Oczywiście nie z powodu pogody, bo ta była cały wyjazd bez zarzutów. Zmęczenie organizmu dawało znać o sobie, więc należało złapać oddech i skorzystać z uroków wyspy.  Wypożyczyliśmy samochód za skromne 35 euro i ruszyliśmy na podboje. Pierwsze miejsce postojowe do główna miejscowość Pothia i port, w którym zaczęliśmy nasz pobyt na Kalymnos. Poza irytującymi wąskimi uliczkami miasto raczy nas miłymi ludźmi i wieloma kawiarniami, gdzie lody i pyszne jedzenie na każdym kroku przyciągają wzrok. My decydujemy się tylko na kawę i ruszamy w dalszą drogę. Kolejny punkt na naszej trasie to malownicza Vathia i kameralna zatoczka. Gelo wspominał, że można tam robić DWS, my jednak kuszeni przez lokalnego macho-restauratora decydujemy się na obiad. Szefo miał nawet dziś urodziny, tryskał humorem i przytulał się raz do Ani, raz do Asi, a raz nawet do mnie… Jedzenie było całkiem niezłe, a na deser dostaliśmy słynne pączusie w miodzie z lodami. Raj na ziemi. Trochę głupio wyszło, bo poleciliśmy to miejsce reszcie naszej grupy, a urodzinowy George nie stanął na wysokości zadania i lekko zalany nie zajął się naszymi ziomkami równie dobrze, jak nami. Kiszka. Wracając do nas, wracamy do auta. Kontynuujemy podróż dookoła wyspy. Zjeżdzamy najdalsze zakątki, gdzie kozy leżą na ulicy i nie robią sobie nic z obecności samochodów na drodze. Od miasta do miasta po kozę i basta robimy kółko i lądujemy pod naszymi apartamentami. Korzystając z uroków samochodu jedziemy jeszcze po zakupy i oddajemy sprzęt. Dzień restowy się kończy, a nam nogi powoli wchodzą w dupę. Na szczęście kolejnego dnia będziemy się wspinać.

Prawie życiówka.

Wyjście z bazy zaplanowane na 8:15, bo o 8:30 odpływa nasza łódź. Niestety trafia nam się krzywa akcja, gdzie jeden rzezimieszek olał temat i całą ekipę, spóźnił się. My płyniemy, szefo czeka na gościa w porcie. Z Kalymnos na Telendos podpływamy prosto pod sektor wspinaczkowy i początkowo czekamy na Grześka. Lekko znudzeni decydujemy się w końcu ruszyć w pobliskie skały i wstawiać w jakieś drogi. Po czasie dopłynęły do nas 2 zguby i lekka konsternacja. W planach były działanie na Erosie, pięknych 40 metrowych drogach, niestety o tej porze już zajętych. Pytanie: komu zawdzięczamy taki układ zdarzeń? Hipkowi, który miał nas w dupie i postanowił się spóźnić. Jak się okazało, klasycznie: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Po kilku drogach na Iroxie zmieniamy sektor na bardziej zacieniony – Pescatore. Tam po wcześniejszym asekurowaniu Ani i Asi wstawiam się w pięknie nazwaną drogę Vendetta 6b. Jako fan Ojca Chrzestnego nie mogłem jej sobie odmówić. Droga fenomenalna, zasięgowe chwyty, kilka trudniejszych momentów. Lekko zawiła, normalnie rewelacja. Do ostatniej wpinki szedłem jak natchniony, niestety z powodu zawiłej końcówki popieprzyłem wpinki i o życiowym Osie mogłem zapomnieć. Nie zmienia to faktu, że dorysowałem gwiazdkę w swoim przewodniku i na pewno jeszcze wrócę do tej bajkowej trasy. Na koniec Gelo zawiesił wędkę na drodze zupełnie poza moim zasięgiem, ale miło było się wstawić w 7a i zobaczyć, ile jeszcze pracy przede mną. Dzień skończyłem na 6a+ OS i mogliśmy zawijać się do bazy.

Wracając ze wspinu zahaczamy o knajpę na naszej drodze powrotnej, miało być smacznie i przyjemnie, jednakże nasze wybory okazały się nietrafione, a poza przepyszną sałatką grecką nie trafiliśmy na nic wartego uwagi. Do łóżek, jutro Grande Grotta!

Lekkie zgrzyty.

Znowu to samo. Wyjście o konkretnej godzinie, a pod skały idziemy w 4 osoby na 13. Każdy coś niesie, nie sprawdzamy, co kto ma. Idziemy do mekki greckiego wspinania – Grande Grotty. Dopiero na miejscu okazuje się, że mamy za dużo lin, a za mało ekspresów. Mi pusczają nerwy, rzucam wszystkim i stwierdzam, że to wszystko pierdolę. Marzyłem o tym wspinie od kiedy w ogóle zacząłem się orientować w wertykalnych realiach, a przez jakichś nieogarniętych gości siedzę pod skałą, jak ten Janusz, który zapomniał sprzętu. Wiadomo, powinniśmy sprawdzić się nawzajem i dogadać każdy szczegół, ale skoro działamy w grupie i w planach jest wspólne wyjście to fajnie by było respektować zasady współpracy. Wyszło, jak wyszło, nie ma co strzępić ryja. Gelo fajnie ogarnął sytuację i później już każdy zespół miał swój szpej i do końca wyjazdu był za niego odpowiedzialny. My zawinęliśmy się spod skały na rest na plaży, dopiero wieczorem poszliśmy na lekkie wspinanie do znanego i lubianego sektora Dolphin Bay. Tutaj Asia pierwszy raz asekurowała mnie na prowadzniu, ja trzasnąłem przepiękną drogę Kavouras 6a+, porobiliśmy zdjęcia i ogólnie było miło. Dzień miał być stracony, a okazał się całkiem spoko.

Grande finale!

Jak już wspominałem: Szef ogarnął temat ze sprzętem, od teraz każdy mógł działać niezależnie. Po awanturze w Grocie chodziłem struty i nie mogłem odpuścić sobie wstawek w tym sektorze. Poszliśmy we trójkę, Grażynka znowu mnie przyasekurowała, a Ania robiła świetne fotki. Marzenie wspinaczkowe spełnione, co prawda droga o trudności 6a+, jednak na inne wstawki w tym sektorze jestem po prostu za cienki. Żeby moje dziewczyny również były zadowolone ruszyliśmy na Afternoon, gdzie Ania poprowadziła swoje drogi, a ja założyłem jakieś wędki dla Asi. Tego dnia w skałach spędziliśmy raptem 3 godziny, ale narastające zmęczenie dawało znać o sobie. Zadowoleni i spełnieni zeszliśmy do miasta, gdzie oddaliśmy się uciechom życia śródziemnomorskiego: jedzeniu i piciu.

Nastał ostatni dzień naszego wyjazdu. Dla odmiany słońce grzało mocno, a woda w morzu była słona (śmiech). Z racji na ograniczony czas działania wybraliśmy się wraz z Asią na dobrze nam znanych Poetów. Zostawiłem tam parę dróg do wyjaśnienia, idealnie na ostatni dzień wyjazdu. Tuż koło nas działał nestor całego greckiego wspinania, autor przewodnika i większości dróg w terenie Aris Theodoropoulos. Starszy, wyluzowany gość, wisiał sobie w uprzęży, porządkował ścianę i sprawdzał ringi. My zakasaliśmy rękawy i zaczęliśmy łoić. Na szybko zrobiliśmy 5 fajnych dróg, na ostatniej z nich już ledwo żyłem i uznaliśmy, że można zwijać mandżur. Zdaliśmy wypożyczony sprzęt, spakowaliśmy się i popłynęliśmy na Kos. Tam spędzamy noc, rano wsiadamy na pokład samolotu do Aten. Tutaj czekamy już tylko 5 godzin na kolejny lot i po chwili meldujemy się w Warszawie na lotnisku.

Wyjazd można uznać za bardzo udany, dziewczyny zaraziły się pasją do wspinaczki, a ja popracowałem nad formą i spełniłem kilka swoich marzeń. Po takim maratonie wspinania pojechaliśmy jeszcze na 3 dni na Jurę, gdzie wyprało mnie z mocy do końca i z dużą pokorą mogłem wracać do treningów w Lublinie. Dobrze wiem, ile pracy przede mną żeby wspinać się na chociażby dostatecznym poziomie, ale nie boję się ciężkiej pracy i doskonale zdaję sobie sprawę ile jeszcze mam do zrobienia.

 

Przydatne informacje:

Jak i kiedy?

Na Kalymnos najlepiej lecieć na przełomie kwietnia i maja, a także października i listopada. W okresie zimowym padają tam rzęsiste deszcze, a w lecie może być po prostu za gorąco. Najlepszą opcją jest samolot, niestety na Kos latają tylko czartery, a nam zostaje przesiadka w Atenach.

Jaki szpej?

Na Kalymnos znajduje się ponad 3 000 dróg i ciągle powstają nowe. Warto zabrać ze sobą długą linę, nawet 80 metrową. Do tego klasycznie ekspresy, uprząż, buty, sprzęt do asekuracji, karabinki zakręcane i apteczkę. Warto odnotować, że skała na wyspie jest bardzo ostra, bierzemy ClimbOn i plastry. Z racji na palące słońce przydatne są kremy z filtrem, niegłupią opcją jest coś od komarów. Na miejscu warto kupić przewodnik, z którego część pieniędzy trafia do ekipy ratunkowej. Ceny sprzętu na wyspie są 2 razy droższe, niż na kontynencie, warto o tym pamiętać przy pakowaniu, aby uniknąć słonego płacenia za nowy szpej.

Gdzie spać?

Podobno byli i tacy, którzy kimali pod Grande Grottą. Warto jednak szarpnąć się 12 euro od osoby i wynająć przytulne studio, gdzie śmiało można samemu gotować.

Co jeść?

Kolejny ważny punkt na naszej liście. Jedzenie w tawernach do najtańszych nie należy, a w każdej sypialni mamy mini kuchenkę. W lokalnych sklepach można się zaopatrzyć we wszystkie potrzebne produkty do własnych kulinariów, kilka kilometrów dalej w stronę Pothii jest duży Food Market, gdzie zrobimy zakupy zdecydowanie taniej. Będąc w Grecji nie sposób jednak odmówić sobie przyjemności skosztowania lokalnych przysmaków, moje must eat to sałatka grecka, a także świeże ryby.

Jak się przemieszczać?

Najlepszym środkiem lokomocji są nasze nogi, w razie potrzeby dojazdu w dalszy sektor śmiało możemy łapać stopa. Jeśli chcemy być całkowicie niezależni można wypożyczyć skuter, samochód, bądź rower.

To by było na tyle. W razie jakichkolwiek pytań śmiało można do nas pisać.

Na koniec wielkie podziękowania dla Grześka Mroza ze szkoły wspinaczkowej GoUp i KW Warszawa, który wszystko zorganizował i nas ze sobą zabrał. Niezapomniane przeżycia, bajkowe widoki, pyszna micha. Istny raj na ziemi. Miejsce, które każdy wspinacz i kandydat na wspinacza powinien odwiedzić.

Do zobaczenia na szlaku! Oskar.”