Wyprawa na Pik Lenina


P1030164

W zeszłym roku najwyższą zdobytą górą przez członków KW Lublin (wg podsumowania http://kwlublin.pl/film3/) był Plik Lenina (7134 m n.p.m.), na którego wierzchołek wszedł nasz Kolega Robert Cholewa. Jego partnerka Ela Cholewa doszła do ok. 6900 m n.p.m. A o to krótka relacja Roberta o warunkach panujących w tamtym czasie w Pamirze:

„Już udało się odetchnąć po górach. Najpierw zwiedzanie Osh, potem  Biskhek, dalej Issyk-Kul, a wszędzie świetne destylaty zwane tutaj  „kaniak”. Zatem, na spokojnie, można już sprawozdawać. A było to tak…Syf, syf i na dokładkę… syf. Potem zaczęły pojawiać się  okna i warunki umożliwiające przemieszczanie się w górę. Więc szybko nocleg w C2 5400 i wyjście na Pik Razdielnaja 6200. Odpoczynek w  C1 i atak. 14.08 z C3 6100 o 3 w nocy w huraganowym wietrze przy tak  niskiej temperaturze, że niesamowicie żałowałem, że nie mam kombinezonu. Na 6400 Ela odpuściła. Ubiór złożony ze swetra puchowego i Goretexu, na Korżeniewskiej był ok, tutaj nie dawał szans na przeżycie. Ja przed wyjazdem kupiłem mega puchówkę od Małacha, a i tak okropnie marzłem. Traciłem czucie w palcach u rąk i nóg pomimo puchowych łapawic i butów phantom 6000. Znowu żałowałem, że nie mam  Olimpusów. Walcząc na maksa samotnie osiągnąłem szczyt o ok.11.15. Huragan, foty na dowód i sp….w dół. Koszmar. Czucie w stopach odzyskałem podczas zbiegania w dół. Wiatr przyduszał, dobrze, że teren był łatwy. O 14 byłem na przełęczy pod Pikiem Razdielnaja i 130 m podchodziłem ponad godzinę. Ela wyszła z piciem…mobilizacja i  dotarłem do C3.  Następnego dnia, przy dobrej pogodzie, poszliśmy założyć C4 na 6400. Doszliśmy do wniosku, że to podniesie szansę Eli na szczyt. Gotowanie, przygotowania, gotowanie itp, a niebo tymczasem jakieś różowe się zrobiło…  Wyszliśmy o 7.30 w śnieżycy i wietrze, choć mniejszym i nie było, aż tak zimno. Śnieg gęstniał. Na 6800 – 6900 widoczności już  praktycznie nie było. Szybka decyzja..w dół ratować tyłek…i tyle. Były łzy i smutek itp, itd… sami wiecie. W tych warunkach to nie była góra dla trampkarzy. Cieszę się jednocześnie z mojej formy i wydolności. Wygląda na to, że jeszcze trochę jestem w stanie powalczyć.

Pozdrawiamy,
Robert i Ela.”

fot: Ela i Robert Cholewowie