KW Lublin na Kang Yatse i Stok Kangri w Himalajach Indyjskich


17-07-22_61

Od połowy lipca do początku sierpnia trzech naszych klubowych kolegów – Grzesiek Koszałka, Artur Łasocha i Marcin Walencik działało w Himalajach Indyjskich (w wyprawie brał też udział kuzyn Grześka – Sławek). W czasie wyjazdu udało im się zdobyć dwa himalajskie sześciotysięczniki – Kang Yatse II (6246 m n.p.m.) i Stok Kangri (6137 m n.p.m.). Zapraszamy do przeczytania obszernej relacji Grześka z tego wyjazdu. Post podzielono na dziesięć części – pod każdą z nich została umieszczona galeria ilustrująca wydarzenia i miejsca opisane w tekście. Życzymy przyjemnej lektury!

Himalaje Indyjskie, Ladakh-Kaszmir-Pendżab, 14. 07 – 6. 08 2017

W wyjeździe uczestniczyły 4 osoby: Marcin, Artur i ja z KWL oraz Sławek.

Z Warszawy (wylot w pt. 14 lipca o 7.45) przez Frankfurt i Delhi polecieliśmy do Leh, stolicy Ladakhu (przylot sb. 15 lipca o 8.05).

Leh

Sb. Po dotarciu (na piechotę!) z lotniska do miasta znaleźliśmy hotel (Mehak), który stał się naszą bazą podczas całego pobytu w Ladakhu. Pierwszy dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie miasta (m.in. pałac królewski, stupa Shanti, targ) oraz na rozpoznanie cen, możliwości przemieszczania się po okolicy i dalej do Kaszmiru. Biorąc pod uwagę zdobyte informacje ustaliliśmy szczegółowy plan naszego pobytu. Dzień ten był dla nas bardzo forsowny, bo Leh leży na wysokości 3500 m n.p.m.

Zanskar rafting

Nd. Pojechaliśmy na organizowany przez biuro turystyczne spływ rzeką Zanskar. Dojazd busem do miejsca wypłynięcia (Chilling), spływ pontonem (organizator zapewnił wszystko, co trzeba: ponton ze sternikiem, asystę kajakarza, pianki, kaski, kapoki), powrót busem do bazy, obiad i powrót busem do Leh. Sam spływ trwał 3 godz. (prawie30 km). Zarówno kanion rzeki Zanskar jak i sam spływ były bardzo interesujące. Nie obyło się bez atrakcji – niektórym z nas udało się wypaść z pontonu, ale na szczęście udało się ich bezpiecznie wciągnąć z powrotem. Żeby nie było, że nie wszyscy kąpaliśmy się w Zanskarze, tuż przed Indusem, gdzie rzeka była już spokojniejsza, za zgodą sternika, pozostałych dwóch wskoczyło do wody. Nie jednocześnie, bo asekurował i później wyciągał nas kajakarz. Woda była naprawdę rześka – myślę, że nie więcej jak po 10 sekundach już prosiłem o wyciągnięcie. Ja w wodzie spędziłem pewnie nie wiele więcej czasu niż Marcin i Sławek, którzy wpadli „w akcji” (mniej niż minutę). Za to Artur oddalił się od pontonu i został zholowany do brzegu. Spędził w wodzie minimum dwa razy więcej czasu i mimo pianki był mocno wychłodzony.

Trekking doliną Markha i Kang Yatse II (6247 m n.p.m.)

Pn. Samochodem dojechaliśmy do Zinchen (ok. 25 km z Leh), skąd zaczęliśmy trekking (3400 m n.p.m., 11.00). Podeszliśmy na wysokość 4500 m (17.00), gdzie w namiotach spędziliśmy noc. Po drodze minęliśmy paraszuta (namiot zrobiony ze spadochronu, w którym można coś kupić do picia i jedzenia) przy wylocie doliny Rumbak, osadę Yurutse (4150m, ze trzy domy) i obozowisko na ok 4300 m (paraszut i 2 namioty). Dolina ładna, zaskakująco ciepło. Jedni mniej, inni bardziej odczuwali wysokość, ale zarówno podejście z ciężkimi plecakami, jak i noc znieśliśmy całkiem dobrze, biorąc pod uwagę słabą aklimatyzację. Dla mnie chyba większym problemem w nocy była wysoka temperatura (śpiwór Małachowski Superlight 500+100 g puchu), niż brak aklimatyzacji.

Wt. Podeszliśmy na przełęcz Ganda La (4980 m, 1h40min) i na pagór obok, żeby zaliczyć 5 tys. Z przełęczy, mijając po drodze osadę Shingdo (4100m) z atrakcyjnie wyglądającym homestay’em, zeszliśmy do Skiu (3350m) w dol. Markha (8h od wyjścia). Zejście bardzo ładną doliną. Niestety nie zostaliśmy na pierwszym polu namiotowym, tylko poszliśmy dalej szukać czegoś lepszego. Na kolejnym polu nie pozwolono nam się rozbić, bo całe pole zajęła grupa amerykańskiej młodzieży – grupę tę spotykaliśmy jeszcze kilka razy. Kolejne pole miało być blisko, ale miejsce na rozbicie namiotów znaleźliśmy dopiero po ponad 2 godzinach, zaraz po przekroczeniu bocznego strumienia, który udało się pokonać bez zdejmowania butów (Pentse?, 3450 m). Wieczór spędziliśmy przy ogniskuJ Te dodatkowe 2 godz. marszu wykończyły mnie. Odczuwałem to jeszcze przez kolejne dni.

Śr. Szliśmy dalej piękną dol. Markha do Markha Village (3800 m, 7h). Noc spędziliśmy w homestayu, co pozwoliło nam zobaczyć, jak mieszkają, co jedzą mieszkający tam ludzie. No i umyć się.

Czw. Maszerowaliśmy dalej w górę doliny Markha. Pół godziny za Markha Village musieliśmy pokonać rzekę bez mostu – jedyny raz w czasie całej trasy (bez problemów: mało silny nurt, głębokość nieco powyżej kolan, odniosłem też wrażenia, że woda nie była specjalnie zimna). Minęliśmy osady Umlung i Hankar i dotarliśmy do obozowiska Tachungtse (4250m), gdzie zostaliśmy na noc (wyszliśmy o 9 i do obozowiska dotarliśmy na 16.30). Rozbijał się tam też obóz amerykańskiej młodzieży, której opiekunowie mieli oczywiście zastrzeżenia, co do miejsca rozbicia naszych namiotów. Na szczęście nie było tak, jak przez dwa poprzednie dni, gdy twierdzili, że zajmują cały kemping! Tego dnia krajobraz zmieniał się znacznie – ze stosunkowo głębokiej i wąskiej, niekiedy „kanionowatej” doliny wychodziliśmy na bardziej rozległe tereny. Po raz pierwszy ukazał nam się też główny cel wyjazdu – Kang Yatse. Po drodze, w jednym z paraszutów mieliśmy okazję skosztować lokalnego fermentowanego napoju jęczmiennego. Wspominam o tym dlatego, że przez obecnych tam turystów indyjskich byliśmy ostrzegani, że to „extremely strong alcoholic drink” – naszym zdaniem zawartość alkoholu w tym orzeźwiającym napoju nie przekraczała 5%.

Pt. Wyruszyliśmy o 9, przy jeziorku zeszliśmy z głównej ścieżki prowadzącej w kierunku Nymaling i szliśmy, początkowo widoczną ścieżką, która później zanikła, w kierunku Kang Yatse base camp (5050m). Obóz niemal do końca był niewidoczny, bo znajdował się za grzbietem. Do obozu dotarliśmy po 14. Było tam kilkanaście namiotów, w tym kilka dużych, jak się jednak okazało, należących do większych grup, które spędzały tam kilka dni. Nie było namiotów „obozowych”, opiekuna (a więc i opłat), możliwości kupienia czegokolwiek.

Sb. Na atak szczytowy wyszliśmy o 1.30. Przed 4 dotarliśmy na wysokość  5550 m, gdzie założyliśmy raki. Podchodziliśmy wielkim śnieżnym zboczem, jednocześnie go trawersując, początkowo po śladzie, który po pewnym czasie zaczął iść prosto pod górę. Ponieważ wiedzieliśmy, że nie należy iść prosto pod górę, bo powyżej jest wielka szczelina, poszliśmy dalej w poprzednim kierunku. Po 5, gdy już zrobiło się widno, doszliśmy do zasłanej kamieniami grzędy, rozdzielającej olbrzymie, śnieżne pn-zach i pn-wsch zbocza. Grzędą podeszliśmy w górę ok. 50 m, aż do jej zaniku. W miejscu tym była brama z flag modlitewnych i tu z lewej dochodziły dobrze widoczne ślady trawersu. Jak się później okazało, za wcześnie zaczęliśmy trawers. Nasz ślad był równoległy do właściwego, tylko o ok. 50 m poniżej. W miejscu tym odpoczęliśmy, zaczekaliśmy na wolniej idących i przed 6 ruszyliśmy dosyć stromym zboczem w kierunku szczytu. Pierwsi szczyt osiągnęli przed 7, ostatni po 8. Wszyscy weszliśmy!!! Niestety widoczność była marna, szczyt był w chmurach, ale czasem pojawiały się jakieś okienka i coś było widać. Na szczęście nie wiało. Schodzić zaczęliśmy o 8.30 i już po pół godziny byliśmy przy bramie (flagi). Z tego miejsca schodziliśmy właściwym śladem. Trawers okazał się męczący, zwłaszcza pod koniec, z powodu mocno zapadającego się śniegu. Marcin próbował zjeżdżać na tyłku. Trochę zjechał, ale śnieg był już mokry i się przemoczył. Do skalnego grzbietu, gdzie zdjęliśmy raki (5600m) dotarliśmy o 10.15. Nieco poniżej (5500m), na szerokim, pozbawionym już śniegu, skalnym ramieniu spotkaliśmy grupę tubylców z objuczonymi końmi i mułami, którzy przygotowywali w tym miejscu wysunięty obóz dla zespołu wspinaczy, aby zwiększyć im szanse zdobycia szczytu. Ponieważ pogoda była dobra, a zejście zupełnie bezproblematyczne, każdy schodził jak chciał. Ja do obozu wróciłem dopiero o 12.30.

Udało nam się nie pobłądzić w nocy poniżej śniegu. Co prawda za wcześnie zaczęliśmy trawers (poszliśmy, bo były ślady), ale nie miało to żadnych konsekwencji. Pogoda była dobra, temperatura raczej wysoka i było prawie bezwietrznie. Oczywiście lepiej byłoby, gdyby nie było chmur, gdy byliśmy na szczycie. Z drugiej jednak strony, dzięki chmurom słońce nie dawało się tak we znaki podczas schodzenia. Dzięki wcześniejszemu trekkingowi aklimatyzację mieliśmy nienajgorszą. Oczywiście było bardzo ciężko, ale tempo wejścia było dobre –200 m/h. Tego dnia na szczycie stanęliśmy tylko my, mimo, że wyszło kilka zespołów. Kilka zespołów wyprzedziliśmy dużo przed założeniem raków. Później nie spotkaliśmy już nikogo, widzieliśmy jeszcze podchodzący zespół na trawersie, ale musiał zawrócić.

Nd. Zwinęliśmy namioty i po 8.30 ruszyliśmy przez wysokogórskie pastwiska w kierunku obozowiska Nymaling (4800 m), gdzie dotarliśmy przed 10. Byliśmy tam świadkami wypędzania owiec z zagród na pastwiska. Z sobie tylko znanych powodów Marcin z Arturem zdjęli buty i tak przekroczyli rzekę, mimo, że 200 m dalej był mostek, przez który prowadziła ścieżka na przełęcz Kangmaru La (5260 m). Na przełęcz weszliśmy o 12. Mocno wiało więc szybkie, ostatnie spojrzenie na pastwiska Nymaling, Kang Yatse i dol. Markha i zaczęliśmy długie zejście w kierunku doliny Indusu. Minęliśmy obozowisko i osadę Chokdo (obozowisko zajęte było oczywiście przez amerykańską młodzież) i o 19 dotarliśmy do Shang Sumdo (3670 m). Droga piękna, dolina jest miejscami bajkowa, ale dała mi w kość strasznie (drugi z kolei ciężki dzień). Marcin ze Sławkiem rozbili się na polu namiotowym. Ja z Arturem uznaliśmy, że po takich trudach, i biorąc pod uwagę, że następnego dnia będziemy wśród ludzi, a więc dobrze byłoby się umyć, zafundowaliśmy sobie homestaya. Podczas kolacji umówiliśmy się z facetem na transport do Leh z wstępowaniem po drodze do 3 świątyń (ok 50 km).

Hemis, Thiksey, Shey

Pn. O 8.30 mikrovanikiem (Suzuki Maruti – marka niezwykle tam popularna) wyjechaliśmy w kierunku Leh. Już o 9 byliśmy w Hemis, w największym klasztorze w Ladakhu, którego zwiedzanie zajęło nam godzinę. Następny klasztor w Thiksey zwiedzaliśmy też ok. godziny. Wstąpiliśmy jeszcze do klasztoru w Shey. Do hotelu w Lech dotarliśmy na 13.

Stok Kangri (6137 m n.p.m.)

Wt. Już następnego dnia po 9 wyjechaliśmy taksówką do miasteczka Stok (15 km, 0,5 h). O 10.30, po zwiedzeniu interesującego pałacu królewskiego (3500 m), ruszyliśmy w kierunku Stok Kangri. Na noc zatrzymaliśmy się w obozowisku na ok. 4400 m, do którego dotarliśmy o 16. Dużo namiotów, można było dobrze zjeść.

Śr. Rano, gdy mieliśmy składać namioty zaczęło padać. Z Arturem podjęliśmy decyzję, że zaczekamy aż przestanie i namioty przeschną, dlatego wyruszyliśmy dopiero przed 13. Marcin ze Sławkiem poszli prawie 2 godz. wcześniej. Przed 15 byliśmy w Stok Kangri base camp (4950m). Dziesiątki namiotów, w tym do wynajęcia, możliwość zakupu żarcia.

Czw. Na atak szczytowy wyszliśmy po 2 we trzech (Sławek nie czuł się dobrze i zrezygnował). O 4.30 (było jeszcze całkiem ciemno) założyliśmy raki (ok. 5500 m). O 6.30 byliśmy na siodełku w grani (ok. 5850 m), gdzie zaczekaliśmy na wolniejszych. Na szczyt weszliśmy o 7.50. Pogoda piękna. O 8.20 zaczęliśmy schodzić. O 8.50 byliśmy na przełączce. Ok 10.15 zdjęliśmy raki. W obozie byłem o 11.30.

Znowu udało się w nocy nie pobłądzić, o co w kamolach nie trudno, pogoda dopisała. Aklimatyzację mieliśmy już bardzo dobrą, ale mimo to góra dała mi w kość chyba bardziej niż Kang Yatse (wydaj mi się, że Marcinowi i Arturowi również). Szczególnie ostatni odcinek, granią był dla mnie bardzo ciężki – nie miałem sił. Mimo to, tempo mieliśmy dobre – 200 m/h, od wyjścia do powrotu 9,5 godz. Należy podkreślić ,że w przeciwieństwie do Kang Yatse, Stok Kangri jest bardzo popularnym celem miłośników gór (bardzo łatwy dostęp, dobra infrastruktura). Z bazy na szczyt wyruszyło nie mniej niż 60 osób (może nawet 80), zdecydowana większość zespołów wyszła między 22 a 24 w nocy. My wyszliśmy chyba najpóźniej. Przy podejściu wyprzedziliśmy wiele zespołów, mijaliśmy też wiele osób, które zawróciły. Na szczyt weszło tego dnia, włącznie z nami, nie więcej jak 20 osób (zakładam, że weszły 3 zespoły mijane podczas schodzenia granią: dwójka – resztka z dużej grupy, którą wyprzedziliśmy na podejściu i dwie czwórki; Marcin jednak coś słyszał, że nie wszyscy z nich weszli). Przed nami na szczyt weszło chyba tylko 4 osoby: jeden „biegacz” oraz trójka, w której był poznany wcześniej Malezyjczyk (schodzili jak byliśmy pod przełączką, z BC wyszli o 22).

Pt. Zwinęliśmy namioty i o 9 zaczęliśmy schodzić. Pogoda znowu dobra, widoki piękne, kondycję fizyczną mieliśmy doskonałą i już o 12.15 byliśmy w Stok. Udało nam się od razu złapać okazję do Leh. Długo czekaliśmy, aby przejechać przez Indus, bo most był zajęty przez pielgrzymów wracających z uroczystości –tego i następnego dnia w Ladakhu był Dalajlama. Wieczorem zdecydowaliśmy, że następnego dnia zjeżdżamy rowerami z przeł. Khardung La. Braliśmy jeszcze pod uwagę jednodniowy wyjazd do doliny Nubra lub udział w spotkaniu z Dalajlamą. W biurze organizującym zjazdy wybraliśmy i dopasowali rowery i kaski.

Khardung La downhill

Sb. O 11 spod biura wyjechaliśmy samochodem (pick-up Tata, rowery na pace) w kierunku przełęczy. Na przełęcz Khardung La (5360 m – w Indiach twierdzą, że to najwyższa przejezdna przełęcz na świecie) dojechaliśmy dopiero na 13.20 (40 km). Trochę nas to zmartwiło i zastanawialiśmy się, czy nie porwaliśmy się na coś, co nas przerośnie. Zjazd rozpoczęliśmy o 13.45. Artur, najbardziej z nas zagorzały pedalarz, pojechał na szybko, nie zatrzymując się w ogóle i po godzinie był już w Leh! Marcin zjeżdżał trochę wolniej. Ja ze Sławkiem delektowaliśmy się widokami, zatrzymywaliśmy się, żeby robić zdjęcia. Poza tym, wykorzystując fakt, że mamy rowery, pojechaliśmy do buddyjskiej świątyni Namgyal Tsemo, do której na piechotę nie chciało nam się wcześniej iść, i trochę jeszcze pojeździliśmy po obrzeżach Leh. Rowery zwróciliśmy w biurze o 16.30. Zjazd okazał się zupełnie lajtowy, szczególnie poniżej, na asfalcie. Była to miła jazda bez kręcenia, a i hamować też za dużo nie trzeba było. Wieczorem ostatni spacer po Leh, umówienie transportu do Kargilu.

Alchi, Lamayuru, Kargil

Nd. O 7.45 wyjechaliśmy obszernym mikrovanem Tata w kierunku Kargilu (230 km). Po drodze zwiedzaliśmy świątynię w Alchi (X-XI w., b. ciekawa), świątynię w Lamayuru (jeden z najbardziej znanych kompleksów w Ladakhu) oraz płaskorzeźbę Buddy w Mulbekh (9 m wysokości). Droga była b. widokowa: góry, doliny, kaniony, podjazdy i zjazdy z przełęczy. Do Kargilu dojechaliśmy na 15.15, kupiliśmy bilety na nocny autobus do Srinagaru, plecaki zostawiliśmy w jakimś hotelu i przez kilka godzin chodziliśmy po mieście (moim zdaniem nie warto w nim zostawać na dłużej). Mimo, że Kargil leży w Ladakhu, to jest to miasto, w którym dominują już muzułmanie (podobnie jak w Kaszmirze; w Ladakhu większość to buddyści).

O 21.30 wyjechaliśmy autobusem. Pierwszy dłuższy postój w Drass – miasteczko chwali się na banerach, że jest najzimniejszym, stale zamieszkałym miejscem na Ziemi. Droga przez góry na dużych odcinkach wąska, bez asfaltu. Szczególnie bardzo kręty i przepaścisty jest zjazd z przełęczy Zojila. Później już asfalt i bardziej płasko. W Kaszmirze wzdłuż dróg, którymi jechaliśmy, było pełno wojska.

Srinagar

Pn. Do Srinagaru dojechaliśmy na 8.15 (205 km). Z przystanku motorikszą (tuk-tuk) przejechaliśmy nad jez. Dal w okolice, gdzie są łodzie mieszkalne (lokalna atrakcja). Zakwaterowaliśmy się na łodzi Yellow Submarine (warunki dobre, robią też świetne żarcie, właściciel jest przewodnikiem i organizuje wycieczki w góry Kaszmiru). Przed 12 wyszliśmy zwiedzać Stare Miasto (główne zabytki to meczety), ze spotkanym na łodzi i wcześniej w Kang Yatse BC, Markiem (pozdrawiam). Ze starego miasta przejechaliśmy rikszami nad Jez. Nagin, skąd przeszliśmy nad jez. Dal i obejrzeliśmy meczet Hazratbal, w którym przechowywany jest włos z brody Mahometa – nie widzieliśmy. Powrót rikszą z postojem w wytwórni dywanów. Po kolacji, na łodzi zorganizowali dla nas pokaz biżuterii i tkanin kaszmirskich. Mieliśmy okazję zobaczyć wiele diamentów i innych szlachetnych i półszlachetnych kamieni oraz dowiedzieć się jakie są zalety i jak rozpoznać pashminę. Niestety klientami byliśmy słabymi.

Wt. Przed 5 rano popłynęliśmy na pływający targ (rolnicy sprzedają swoje produkty, gł. warzywa, z łodzi, kupujący też muszą przypłynąć łodziami, bo odbywa się to na jeziorze). Wracając (było już widno) mieliśmy okazję podziwiać jezioro, pływające ogrody oraz zacumowane łodzie mieszkalne. Po południu poszliśmy na wzgórze Sankaracarji, na którym jest hinduska świątynia z V w.

Jammu

Śr. O 5.30 odpłynęliśmy z łodzi, szybko znaleźliśmy pojazd (przewoźnicy zbierają komplet i jadą) i pojechaliśmy do Jammu. Dojechaliśmy na 12.30 (260 km). Szybko znaleźliśmy tani hotel i do wieczora chodziliśmy po mieście (m.in. świątynia sikhijska, kilka hinduistycznych, kompleks pałacowy w fatalnym stanie, końcówka bollywoodskiego filmu w kinie).

Czw. Rikszą pojechaliśmy na drugi brzeg rzeki i byliśmy w doskonale utrzymanym kompleksie ogrodowym (miejsce to niezwykle kontrastuje z brudem, nieporządkiem, chaosem miasta), forcie Bahu wewnątrz którego jest świątynia. Zeszliśmy do hinduistycznych świątyń nad rzeką, następnie weszliśmy do świątyni na sąsiednim wzgórzu i wracaliśmy wiele kilometrów na piechotę autostradą do miasta (wydawało nam się, że będzie bliżej – nie byłoL). Wieczorem jeszcze spacer po mieście, zakup biletów autobusowych na następny dzień. Chcieliśmy przejechać się indyjskim pociągiem, niestety zupełnie nie odpowiadały nam godziny.

Amritsar

Pt. Raniutko pojechaliśmy autobusem do Amritsaru (220 km). Byliśmy tam na 12 i z dworca rikszą pojechaliśmy do Złotej Świątyni (najważniejsze sanktuarium Sikhów). Mieliśmy tam spać, nawet zameldowaliśmy się, jednak ostatecznie przenieśliśmy się do hoteliku obok. Po dwugodzinnym spacerze po mieście pojechaliśmy na ceremonię zamknięcia granicy indyjsko-pakistańskiej (Wagah, 30 km, z dojazdem nie ma żadnych problemów – propozycje na każdym kroku). Ceremonia ta jest czymś nieprawdopodobnym, zdumiewającym, groteskowym??? – trzeba zobaczyć. W nocy poszliśmy do Złotej Świątyni na ceremonię wyniesienia księgi.

Sb. Śniadanie zjedliśmy w świątyni i kontynuowaliśmy jej zwiedzanie. Po południu pokręciliśmy się jeszcze po mieście, zrobiliśmy zakupy. Wieczorem wyjazd na lotnisko, oczywiście tuk-tukiem. Wylecieliśmy z Armitsaru o 21.35, przez Delhi i Frankfurt do Warszawy (przylot w nd. 6 sierpnia o 12.15). Artur wracał nieco inaczej – z Delhi przez Monachium do Lublina (później kupował bilet).

Uważam, że wyjazd był bardzo udany. Zrealizowaliśmy wszystkie cele górskie i podróżnicze. I nie był drogi :)”

„Yuley”

Tekst i zdjęcia: Grzegorz Koszałka